F A Q
Jeśli odczuwasz potrzebę wewnętrzną skontaktowania się ze mną, wal na mail mmiera@poczta.fm lub na gg: 1860253.
Nie mam fotki, nie poklikam o duperelach, a jeśli szukasz faceta to sorry, ja nie biuro matrymonialne. Jeśli jednak chcesz pogadać na sensowny temat - czuj się zaposzony(a).
Zadowoleni?



Copyright by Alagner

 

Zalecane: 1024x768 przy pełnym ekranie (F11)


Sometimes I might be rude
Acting in my mood
I'm trying to be straight
Cause I don't want to be late

There's nothing you can say to make
Me feel worse than I do
How are you?
You can't buy my freedom
Keep me locked in your cell
Sad how we waste our energy
When all our days are few
- Makes me blue
We're two of a kind me and you
I guess that I'll see you in hell
Yngwie Johann Malmsteen - "See you in hell (Don't be late)"


>noworoczne marudzenie

To sobie na początek roku pojojczę.

Jako że z powodów niezależnych ode mnie plany imprezy sylwestrowej się posypały, postanowiłem posiedzieć w domu zamiast umartwiać się przy przemysłowych ilościach gorzały u jednego z kolegów. A co mi tam, koncert Roxette będzie Polszmat emitować, to sobie obejrzę, zawsze ich lubiłem. No to siadam, odpalam TV i patrzę. I nadziwić się nie mogę. Bo słuchać się nie dało. To co panna Marie przy mikrofonie wyczyniała wołało o pomstę do Boga na niebiesiech - ni do rytmu ni do taktu, wsadzić %^#$%#$ do kontaktu. Po 10 minutach przerwa, Roxette wróci jeszcze, megareklama (jak to Polsat), potem jacyś inni wykonawcy. Gwiazdę wieczoru tak wyganiać ze sceny dziwacznie trochę, no ale dobra, niech im będzie. 
Godzina 23 z groszami, Szwedzi znowu wchodzą na scenę i...no dalej słuchać się tego nie da. Ja rozumiem, chałtura dla tłuszczy, przykładać się nie trzeba, ale własne fajne numery tak kaleczyć to wstyd. Zero mocy, zero dynamiki na scenie, aranżacje dziwne. A wokale leżą na glebie i kwiczą. Tzn. przepraszam - Per w formie świetnej. Ale on śpiewa jednak zdecydowanie mniej.
Obejrzawszy to wczoraj ucieszyłem się, że nie pojechałem do tej Warszawy, a przez krótki czas takie plany.
Z tym, że zastanawia mnie tu jedna rzecz - kuźma, o co chodzi że Golce, Doda, Ira, Kowalska i generalnie wszystkie nasze 
(pseudo)gwiazdki wypadły lepiej od kapeli światowego formatu? Problemy techniczne, nie słyszeli się? Choroba? Albo po prostu olali chałturę niczym pan Zdzisiu z keyboardem na weselu w Koziej Wólce?
Ewentualnie - tak się pani Fredriksson postarzała, że własnych partii nie wyrabia. Tyle, że to brak szacunku do słuchacza.
I żeby była jasność - ja sobie zdaję sprawę, że będąc tam, nie usłyszałbym wszystkich tych kiksów, które bezlitośnie wyłapała kamera. Głośnością można wiele zamaskować, ale nadal to świadczy o braku profesjonalizmu. 

A osobny rozdział należy się konferansjerce. Po panu Kałamadze wiele się nie spodziewałem, to i się nie zawiodłem, bo w moim odczuciu zaprezentował to samo, co normalnie pokazuje ze swoim kabaretem, czyli jak dla mnie tanie, jarmarczne poczucie humoru. Niczego więcej nie oczekiwałem, także nie mam na co narzekać. Natomiast Ibisz radośnie mu przyklaskujący wywołał u mnie już torsje. Nie, żebym miał go za kogoś więcej niż prezentera który wygląda na mniej niż ma, ale liczyłem że pokaże trochę więcej klasy. Moja rada do szefów Polsatu:
zatrudnijcie prezenterów, a nie celebrytów z ładnymi buźkami, bo to co wczoraj widziałem to była wieś i trzoda. Tyle tylko, że ubrana w garnitury zapewne droższe od mojego samochodu. 

A pardon, zapomniałem że większość naszego kraju to jednak też wieś, trzoda i banda chamów, którym inteligencja w telewizorni wadzi, bo nie rozumieją w czym rzecz, a przecież liczy się oglądalność i zysk. Naiwny ty, nieekonomiczny ty.

A wszystkim niedobitkom co mojego bloga czytają [wielu Was nie ma chyba ;)] życzę szczęśliwego 2011. 

[a w tle gra płytka "Tourism" Roxette właśnie]

Do następnego. Pewnie znowu za rok albo i więcej.

alagner 2011-01-01 15:20:11
skomentuj (1)

>Maciek. Ogarnij się. Ty przecież nie masz sześćdziesiątki.
-Człowieku, cholernie marudzisz. Starzejesz się.
- ...
-Zero riposty? Psiakrew, Maciek. Ogarnij się. Ty przecież nie masz sześćdziesiątki.


Radośnie surfując sobie po Sieci na pewnym internetowym forum młodzieżowym trafiłem na posta dotyczącego płatnego drugiego kierunku studiów, czyli ostatniego projektu ministerstwa. I choć wiele mógłbym tu powiedzieć, to bardziej inna wypowiedź przykuła moją uwagę - mianowicie, iż częste imprezowanie (ale też w kontekście wydarzeń kulturalnych, a nie jedynie przesadnej alkoholizacji, coby być precyzyjnym) to na studiach wymóg. Wypytawszy się dokładniej dowiedziałem się, że studia ciężkie to te, które nie pozwalają zaliczać łatwo przy prowadzeniu życia obfitego w w/w imprezy. Moja negacja spotkała się z ripostą, iż jestem aspołeczny, rodzice mnie nie kochają i pewnie cierpię na bezsenność a do tego życia nie znam. Pierwsza reakcja - ironiczny uśmiech. Druga - no dobra, za tłumami nie przepadam i częściej niż do ludzi wolę wyjść z psem na spacer. Pies chociaż jest szczery. Jak mu nie pasuje to użre, urazy nie chowa. A ludzi nie lubię. Lanserow i szpanerów nie trawię. Hipokrytów też. I zwykłych głupców. I żeby nie było, za ubermenscha się nie uważam. Ale kontakty z ludźmi zawsze ograniczałem do minimum - czyli kilku starannie wybranych osób.
Aspołeczność przyniosła jeden efekt - na naukę mam sporo czasu. A ta sprawia że czuję się zrealizowany. Może i za cenę pasji i pseudoartystycznych zdolności, które wmawiałem sobie że mam. Nie powiem, że mi nie żal. Ale albo czemuś poświecam się w pełni, albo wcale. Tu wypadło, że wcale. Przykro trochę, ale cóż zrobić, we wszystkim nie można być dobrym.
Ale to nie wszystko z rewelacji dnia wczorajszego. Zdałem sobie wreszcie sprawę z powodów mojej niechęci do związków. A jest on bardziej niż oczywisty: patrząc na to co różne pary, przed ślubem, po ślubie czy też przed rozwodem wytworzyłem sobie prostą statystykę: u większości nie ma związku, jest jakaś żałosna tragifarsa. Bo tak naprawdę każdy oczekuje akcpetacji, ale sam akceptować nie chce. Parszywa hipokryzja prawda?

A nawiązując do tytułu - może i nie mam sześćdziesiątki. Ale pytanie - czy mam się po co ogarniać? Z codziennego otoczenia ciężko się chyba otrząsnąć.

I teraz pytanie - czy spokojnie przyjmując sytuację taką jaką jest, jestem złym i zmierzłym cynikiem, czy po prostu zwyczajnie godzę się z losem?

[A w trakcie pisania słuchalem sobie Xentrix i Virgin Snatch.]
alagner 2009-06-25 14:15:18
skomentuj (1)

 

 

 

 

 

księga gości

2011
styczeń
2009
czerwiec
styczeń
2008
lipiec
2007
luty
2006
wrzesień
maj
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
luty
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień

 

Blogi
Moja ex [jedyna normalna :P]
Przyjaciółka
Ciekawe dylematy moralne
Szatan płci żeńskiej

Muzyka
Kolejny portal gitarowy
Polska strona o Megadeth
Teksty utworów metalowych
Serwis poświęcony muzyce ciężkiej
Oficjalka Slayera
Portal gitarowy
















Marty Friedman

 

blog.pl